Animacja społeczna |
Emocje surfera
Rozmowa z Jackiem Gralczykiem
Monika Hausman-Pniewska: Wiem, że o tym, czym jest animacja społeczna, można rozmawiać w nieskończoność, a ja chciałabym Cię jeszcze dodatkowo namówić do podjęcia próby określenia, jak może ona wpływać na lokalny rozwój.
Jacek Gralczyk: Animacja nie jest niczym innym, jak pewną modernizacją społeczną, modernizacją relacji między ludźmi. Często mówimy tu o wprowadzeniu zmiany społecznej. Jest dla mnie jasne, że poszczególne społeczności stoją na bardzo różnym poziomie rozwojowym. Jednak na jaki poziom byśmy nie trafili, do jakiej społeczności byśmy nie weszli, można z nią zrobić więcej. Zawsze ludzie, którzy żyją na danym terenie, mogą być bardziej skonsolidowani, bardziej zintegrowani, mądrzejsi, mieć lepsze doświadczenia. Tu przeplata się z jednej strony środowisko jako takie, ludzie, którzy w nim żyją, mieszkają, a z drugiej wysiłek animacyjny, czyli ożywczy, bo animacja to ożywianie. Z jednej strony musi być co ożywiać, a z drugiej ktoś czy coś, co ożywia. I to są dwie strony bardzo ciekawej monety, bez której trudno jest sobie wyobrazić jakikolwiek rozwój społeczności, bez względu na to, czy mówimy o społeczności lokalnej, czy o większych grupach, takich jak narody.
Kwestia animacji to kwestia pewnego procesu, który właściwie trwa bez końca. Z punktu widzenia sukcesu animatora nie jest istotne, jak dana społeczność jest wysoko, ale to, jaką drogą udaje się tej społeczności przebyć. Taką miarą mierzy się sukces pracy animatora i ludzi, którzy na rzecz rozwoju pracują. Wiadomo przecież, że mała popegeerowska wieś nigdy nie będzie miała infrastruktury rozwiniętej tak, jak Warszawa Centrum czy któraś z dzielnic dużego miasta, nie ma zresztą takiej potrzeby. Nawet jeśli udało się zrobić coś wydawałoby się drobnego, to w mikroskali środowiska może być to rzecz bardzo ważna. Jest jednak w tym wszystkim konieczność ciągłego pamiętania, że jak wysoko byśmy nie zaszli, to zawsze coś jeszcze można poprawić A więc nie wolno mieć kompleksów z punktu widzenia jakości środowiska, w którym żyjemy, ale też nie wolno spoczywać na laurach. Proces i jeszcze raz proces. Ale żeby on nastąpił, to ze względu na to, z jakimi społecznościami zaczynamy pracować, czy też w jakich społecznościach próbujemy obudzić ducha aktywności, musimy używać odpowiednich narzędzi. I tu mam dylemat, czy animacja to sztuka, czy profesja?
MHP: Skąd ta dwoistość?
JG: Bo z jednej strony jest to profesja, która wymaga olbrzymiej różnorodności narzędzi. Inaczej pracuje się w małych środowiskach, mocno zrujnowanych, zdruzgotanych społecznie, np. zmianami politycznymi czy społecznymi, które zaszły po 89 roku, a inaczej w środowiskach ludzi sukcesu w nowych gettach eleganckich budynków, poogradzanych bloków pilnowanych przez groźne psy. W tym drugim przypadku też trzeba bardzo dużego wysiłku animacyjnego i odpowiedniej narzędziówki, żeby to rzeczywiście były domy, a nie obóz koncentracyjny a rebours. Z drugiej strony trzeba być trochę artystą życia, mieć w duszy coś, co pozwala kooperować z ludźmi i czerpać z tego przyjemność. Jest to pewien styl życia, pewna formacja, która nie jest formacją intelektualną, ale emocjonalną. To jest tak, że nawet nie czujesz się animatorem, a z czasem, odwołując się do sławetnego bon motu, ktoś może ci powiedzieć, że mówisz prozą. Jest grupa ludzi, która czerpie z animacji przyjemność i doprowadziła ją do mistrzostwa zupełnie podświadomie.
MHP: W stosunku do animatora używa się czasem określenia „refleksyjny praktyk”.
JG: Trudno sobie wyobrazić lekarza, który nie czyta i nie doskonali swoich umiejętności w oparciu o zdobycze wiedzy. Trudno sobie wyobrazić nawet szewca, który używa ciągle tych samych nici, tych samych igieł, nie uwzględniając tego, że buty są szyte z zupełnie różnych materiałów. Tak samo trudno sobie wyobrazić animatora, bez elementu ciągłego doskonalenia swojego warsztatu, swoich narzędzi. Jest takie określenie, które mi się bardzo podoba i uważam, że jest bardzo prawdziwe: animator jest sam dla siebie najważniejszym narzędziem. I to narzędzie wymaga stałej dbałości. Jak rozwożę towary, to dbam o samochód, robię przeglądy, wymieniam opony itd. To samo można odnieść do animatora. Ten refleksyjny praktyk to moim zdaniem określenie wskazujące na niezbędny wymóg i oczekiwanie wobec człowieka, który chce za animatora uchodzić.
MHP: No to porozmawiajmy o warsztacie animatora. Jak ożywiać społeczność, jakich narzędzi i metod użyć?
JG: Z całą pewnością trzeba ludzi edukować, celowo nie mówię uczyć. Z tym wiąże się pojęcie sytuacji edukacyjnej – każda rzecz, którą w życiu przechodzisz, może być nie tylko przyczynkiem do oceny, czy to sukces, czy porażka, ale, jeśli dobrze to przemyślisz, przeanalizujesz, wyciągniesz wnioski, dostrzeżesz ciąg przyczynowo-skutkowy, co się złożyło na sukces, co się złożyło na klęskę, to każda z tych sytuacji życiowych może być sytuacja edukacyjną. I jeśli mówię o edukacji w wymiarze pracy animatora, to chodzi mi o postrzeganie życia jako nieustannego ciągu sytuacji edukacyjnych. Na dobra sprawę, żeby uzyskać zmianę społeczną, w pierwszym rzędzie trzeba ludziom dostarczyć nowego oglądu świata. I to się wiąże z edukacja. Jest szereg określeń, których się w tej chwili używa, jak społeczeństwo oparte na wiedzy, edukacja permanentna, wiek informacji itd., wskazujących na to, że nie można uznać, że w życiu człowieka współczesnego kiedykolwiek proces edukacji się kończy. Ja zakładam, że środowiska są mniej lub bardziej rozwinięte między innymi ze względu na to, jaką od strony jakości i ilości edukację maja pod ręką. Jeśli społeczność nie ma dostatecznej ilości informacji, danych, wiedzy, mądrości, nie ma struktury edukacyjnej zbudowanej wewnątrz, jeśli ludzie nie dzielą się wiedzą, nie rozmawiają ze sobą, nie wymieniają poglądów, nie dyskutują i nie wyciągają wspólnych wniosków, to się nie uczą i są biedniejsi. Trudno jest im robić wtedy to wszystko, co się dalej wiąże z rozwojem i kooperacją. Zatem zawartość jednej z wielkich walizek narzędziowych animatora stanowią bardzo różne formy edukacyjne, pośród których te szkoleniowe czy warsztatowe są tylko niewielkim fragmentem całej mozaiki.
MHP: Sięgnijmy do następnej walizki z narzędziami…
JG: Z całą pewnością znajdziemy tam ważne narzędzie: wspieranie, wyrównywanie szans. Ale nie na zasadzie przejmowania zadań i odpowiedzialności, ale na zasadzie wzmacniania ludzi i pomagania im w podejmowaniu i realizowaniu pewnych zadań. Bardziej ma to związek z obecnością obok, stałym wsparciem, dawaniem poczucia bezpieczeństwa – bo jest ktoś, do kogo się można odwołać, kogo można się doradzić, ktoś, kto daje zaplecze.
MHP: Spotkałam się ze zdaniem, że to wspieranie ma walory terapeutyczne.
JG: Z określeniem „terapeutyczny” mam pewien problem. W czasach, gdy byliśmy bardziej tradycyjną, konserwatywną społecznością, której świat wartości był oparty o katolicyzm, mówiło się wsparciu, zrozumieniu, przebaczeniu i miłosierdziu. W obiegu były określenia, które wskazywały jednoznacznie, że kościół, ksiądz, kapłan, szereg różnych elementów religii, takich jak sakramenty, szczególnie sakrament pokuty, pomagały ludziom pozbierać myśli, pozbierać się psychicznie, uporządkować życie i dostrzec jakąś perspektywę, dostrzec we wszystkim jakiś porządek. W momencie, kiedy religia zaczęła być traktowana jako pewien rytualny element kultury, coraz modniejsze stały się określenia typu terapia, dostrzeganie harmonii świata. Nie chcę mówić, że jak człowiek przestał wierzyć w Boga, to jest w stanie uwierzyć we wszystko. Chcę powiedzieć, że rzeczy, które przez tysiące lat były uważane za jak najbardziej naturalne, teraz niepotrzebnie są przesuwane w stronę medycyny – bo cóż oznacza terapia - leczenie – to znaczy, że ktoś jest chory. Natomiast z całą pewnością jest tak, że animator bez nadawania sobie prawa ingerowania w osobiste sfery, bez prób jakiejkolwiek manipulacji, nawet robionej w dobrej wierze, jest elementem systemu wsparcia dla ludzi, którzy chcą zmienić swoje życie. Warto sobie uzmysłowić, że człowiek generalnie jest istotą bardzo konserwatywną. Jest jak inżynier Mamoń, podobają mu się te utwory, które choć raz kiedyś słyszał. Chęć negowania status quo, odrzucenia życia, które się prowadziło do tej pory, nawet w sensie społecznym, nie indywidualnym, wymaga pewnej odwagi, ponieważ jest to za każdym razem podróż w nieznane. Żadna zmiana społeczna, nawet najprostsza, nie może być przeprowadzona przy pełnych gwarancjach jej powodzenia. Można to sobie uzmysłowić na przykładzie zmiany pracy. Czy często zmieniamy pracę dlatego, że nam nie odpowiada ta, którą mamy? Nie, zmieniamy ją dopiero wtedy, kiedy w sposób konkretny pojawi się lepsza. Oczywiście, pomijam determinację jednostek, które mają naturalną odwagę czy duszę eksperymentatora, Kolumba, i lubią puszczać się w nieznane nawet za cenę daleko idącego ryzyka. Generalnie ludzie nie są skłonni do podejmowania heroicznych wyzwań i wysiłków. Zatem animator pomaga ludziom oswoić się z myślą o zmianie, wzmacnia ich w trakcie podejmowania decyzji, i współodpowiada za zmianę, która została wygenerowana. Nawet jeśli zmiana go nie dotyczy, to w jej trakcie jest w głównym nurcie zdarzeń. Nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku nie będzie to jego zmiana, to jej skutki mogą go dotknąć. W tym sensie zapewne jakieś zadania, elementy ułatwiania ludziom przechodzenia przez ten trudny proces są obecne, ale jestem jak najdalszy nazywania tego terapią, czy wspieraniem na poziomie leczenia.
MHP: Animator pracuje w społeczności, a więc z pewną grupą, nie z poszczególnymi jednostkami. Do tego potrzebne są również konkretne umiejętności.
JG: Z tworzeniem grup i zespołów związany jest cały zestaw narzędzi. Sama grupa to podstawowe narzędzie w pracy animatora. Przy czym przez narzędzie rozumiem tutaj ideę grupy, działania grupowego. Tu trzeba rozumieć procesy i mechanizmy, które w grupie zachodzą, rozumieć cały proces grupowy. Animator musi posiadać taką wiedzę z kilku powodów. Zarówno po to, by zapewnić sobie skuteczność, jak i po to, by móc powiedzieć ludziom – to naturalne, wszyscy tak mają, nie przejmujcie się, że się kłócimy, że coś nam nie wychodzi, pokazując, że jest to pewna sinusoida, że znajdują się w którejś z faz procesu i uzmysławiając, że nie dzieje się nic specjalnego. W momencie, gdy grupy powstają i nie są już narzędziem, ale podmiotem animacji, wychodzą z kręgu narzędziowego, stając się samoistnym bytem. Bytem, który jest podstawą, jeśli chodzi o animację, bo człowiek indywidualny jest wartością nadrzędna samą w sobie, ale sukces osiąga tylko w grupie. Nie ma innego wyjścia, jeśli chcemy mówić o rozwoju społecznym, a nie indywidualnym jednostki, jak wchodzenie w relacje i współpraca z ludźmi. W przeciwnym wypadku byłoby to zaprzeczenie istoty rozwoju społecznego. Stąd poza dostrzeganiem pewnych najistotniejszych wartości w człowieku jako takim, animator musi dostrzegać to wszystko, co się wiąże z istotnością i wartością grupy, jako takiej. Edukacja, wspieranie, proces grupowy – to narzędzia dość uniwersalne. W różnych środowiskach, w różnych państwach, można rozkładać między nimi różnie akcenty, w zależności od tego, jaka jest historia społeczeństw, jaka jest ich kultura, jakie są światy wartości.
MHP: Jak jest z tym u nas?
JG: W Polsce chyba jednym z istotniejszych jest kolejny obszar narzędzi - organizowanie oceny, ewaluacji, refleksja nad tym, cośmy zrobili. I nie jest to może aż tak bardzo istotne z punktu widzenia procesu animacji, co z punktu widzenia rzeczywistości, która pokazuje, że ludzie w Polsce uważają kontrolę za coś represyjnego. Bo po co się w Polsce kontroluje? Żeby znaleźć haka, komuś dokopać, zwolnić. Ja ciągle powtarzam, że w odróżnieniu od bardziej doświadczonych społeczeństw i rozwiniętych demokracji, gdzie kontroluje się po to, żeby było lepiej, w Polsce kontroluje się dlatego, żeby udowodnić, że jest źle. Ze względu na te złe konotacje jak zdarzy się sukces, to świętujemy bez zadawania sobie pytania, dlaczego nam się udało, a jak porażka, to rozchodzimy się ze spuszczoną głową albo w kłótni, rzucając się sobie wzajemnie do oczu i szukając winnych. Sukces, poza satysfakcją, powinien dawać nam jeszcze siłę wiedzy, dzięki której będziemy mogli go powtarzać, multiplikować w kolejnych działaniach, sekwencjach aktywności i projektach. Ważne jest też, byśmy i z porażki wychodzili silniejsi – żeby stanowiła dla nas sytuację edukacyjną. Warto sobie uświadomić, że porażka często nie jest zależna od dobrej woli, fachowości czy dochowania staranności przez ludzi zaangażowanych w działania, że są porażki spowodowane obiektywnymi rzeczami, jakimś zbiegiem okoliczności, że niekoniecznie zawsze trzeba znaleźć winnego i go rozstrzelać, że można jeszcze spokojnie porozmawiać o tym, dlaczego się nie udało i czerpać z tego siłę i determinację, by spróbować jeszcze raz.
MHP: Spokojne przeanalizowanie sytuacji, w której ponieśliśmy porażkę, nie jest łatwe, tym bardziej, że jako społeczeństwo generalnie mamy problem z wzajemnym porozumieniem, ba, ze zwykłą rozmową...
JG: Dlatego w Polsce niezwykle istotny jest też cały zestaw narzędzi wiążący się z integracją, tworzeniem relacji i komunikowaniem. Warto się zastanowić, że do 89 roku przez kilkadziesiąt lat żyliśmy w społeczeństwie, które bardzo dobrze się dopasowało do wymagań rzeczywistości. Jeśli sąsiad mógł być donosicielem, ubekiem, kolega mógł donieść do partii, a sąsiadka mogła złożyć donos do milicji, która by mnie nękała bez możliwości obrony – to w naturalny sposób najbardziej racjonalnym rozwiązaniem było wycofanie się, odgrodzenie od świata, pozycja zamknięta, pełna kontrola tego, co się mówi i stosowanie do powiedzenia, że mowa jest srebrem ale milczenie złotem. Rzeczywistość się jednak zmieniła i wymaga dzisiaj od nas innych kompetencji, choćby na poziomie komunikacji i budowania relacji. Przy tamtych kompetencjach jesteśmy skazani na wegetację, życie gdzieś z boku, ciągłe indywidualne borykanie się z problemami, które mogłyby być rozwiązane w grupach. O ile wtedy istotny był klientyzm, bo władza chciała wszystko kontrolować i na wszystko mieć patent, o tyle obecna władza za mało co, a właściwie za nic nie chce odpowiadać. W związku z tym zamiast klientyzmu musi się pojawić postawa zaangażowania, postawa dochodzenia swoich racji i praw. To wymaga pewnych umiejętności komunikacyjnych oraz poczucia, że nie jestem sam, tylko razem z mieszkańcami bloku, osiedla. Nie ja, tylko my. Dlatego zestaw narzędzi związanych z komunikowaniem się, z łączeniem, jest bardzo istotny.
MHP: Jak zastosowanie wspomnianych narzędzi sprawdza się w praktyce? Czy znasz środowiska, które przeszły proces animacyjny, na przykładzie których mógłbyś to omówić?
JG: Z animacją jest w ogóle pewien problem, polegający na tym, że zmiany społeczne są jednymi z najdłużej trwających zmian, jakie możemy sobie wyobrazić. Dłuższe są już chyba tylko zmiany genetyczne. Ja mam dopiero 20 lat pracy zawodowej za sobą. Jako animator, świadomy animator, dopiero od lat 10 mam na to co się dzieje, jakie mechanizmy towarzyszą procesowi animacyjnemu, wyostrzone zmysły. Tak samo niedawno zrodziła się u nas chęć dokumentowania wszystkiego, przez co przechodzimy. I to jest niestety o kilkanaście lat za późno. Teraz próbujemy sięgać wstecz naukowymi metodami, ale już nie jesteśmy przy tym, co się działo. To najlepiej widać na przykładzie np. dyskursu historycznego na temat okrągłego stołu. Nikt, kto nie żył w tamtych czasach, nie jest w stanie wczuć się w ich atmosferę. I to może prowadzić go na manowce, nie dlatego, że ma złą wolę i chce coś inaczej opisać, tylko że za pewnymi działaniami stoją jeszcze emocje, stoi coś, co się nazywa duchem czasu. Nie wiem, czy to dobra analogia, ale to najbardziej jaskrawy przykład, jaki przyszedł mi do głowy. Gdybyśmy prowadzili od 89 roku regularne badania, obserwacje, refleksje, to dzisiaj byśmy coś na temat animacji wiedzieli. Ponieważ to wszystko działo się jednak dość żywiołowo, to takich mocnych obserwacji, mocnych dowodów na to, że robimy coś dobrze albo źle, nie ma. Nie znam takich przypadków, że ktoś przyjechał do jakiejś miejscowości, założył pamiętnik i dzień po dniu notował co robił, by móc po 10 latach powiedzieć: o, to jest właśnie efekt spotkania, które wtedy zrobiłem. To, co możemy teraz znaleźć w jakichś wspomnieniach, ma raczej walor publicystyczny. Nie odpowiem więc wprost na pytanie, czy znam takie środowiska, pewnie znam, i pewnie intuicyjnie wiem, co się przyczyniło do tego, że do jednych wsi wjeżdżasz i one wyglądają pięknie, ludzie są zadowoleni, dają sobie rade i nie jojczą, a w innych wręcz przeciwnie, w ogóle się nie odzywają i nawet psy wyglądają jakby miały po 40 lat, mimo, że normalnie żyją po lat kilkanaście. Pewnie mógłbym coś na ten temat powiedzieć, ale twardych dowodów niestety wyłożyć nie potrafię.
MHP: Może jednak spróbujesz?
JG: Mogę, ale znalezienie przyczyn i skutków nie jest łatwe. Przez ostatnie trzy lata współpracuję z gminą Mykanów, pod Częstochową. To jest gmina, która zawsze była ruchliwa. I nie jest tam tak, jak w innej, której nazwy nie wspomnę, do której kiedyś zajechałem i pytam: z czego żyjecie? Okazuje się, że ze śliwek. Pytam ich o wymiar ekonomiczny i zaczynają narzekać, a bo te śliwki się źle sprzedają, że się nie opłaca, że kiedyś itd. No dobrze, kochani, ale co było przed śliwkami? Okazuje się, ze śliwki. Mimo, że na sali siedzą ludzie, którzy mają po sześćdziesiąt parę lat, nikt nie pamięta, żeby kiedykolwiek rosło tam coś innego, żeby ludzie żyli tam z czegokolwiek innego. A jak w Mykanowie pytam, z czego żyjecie, to mówią „z butów” – bo, mimo że gmina jest wiejska, handlują butami. A z czego żyliście wcześniej? To mówią, że żyli ze szklarni. A przed szklarniami z jakichś magazynów. U nich perspektywa „przed” to perspektywa 10-15 lat, czyli wszyscy pamiętają przynajmniej jedna gruntowną zmianę ekonomiczną. Jest to społeczność, która jest bardzo elastyczna i potrafi reagować, nie tylko na poziomie ekonomicznym, ale też na wszelkie prądy i wpływy, które wokół nich zachodzą. Łatwo się zmieniają i dopasowują do nowych warunków. Zakładam zresztą, że trafiłem tam właśnie ze względu na tę elastyczność, która kazała im sięgać po różne dostępne możliwości, w tym po ściągnięcie sobie gościa z zewnątrz, który coś tam z nimi porobi i popracuje. I tam widzę, że nawet przez trzy lata można wygenerować zmianę podejścia, zmianę relacji między ludźmi, którzy znają się naprawdę kupę lat. Bo ktoś mi mówi, „no wiesz, ja tyle lat znałem wójta, mądry facet, ale mnie tak traktował jakoś nie bardzo, a po tych kilku spotkaniach patrzy na mnie zupełnie inaczej, zupełnie inaczej zaczęliśmy rozmawiać”. Z kolei ze strony samorządu też płyną głosy, że nareszcie społeczność traktuje ich jak ludzi. Zacząłem od dyrektora domu kultury, potem przeszliśmy wszystkie etapy, łącznie z pracą z LGD, we wszystko ładnie włączył się wójt. Wysiłki animacyjne, polegające na budowaniu pewnych relacji, wspólnoty, generowaniu wspólnych projektów, przynoszą więc pozytywną zmianę nawet w krótkiej perspektywie. Ale moje trzyletnie obserwacje w tej gminie nie dają mi prawa do stwierdzenia, że taki a nie inny zabieg animacyjny wygenerował konkretna zmianę. To jest bardzo trudne.
MHP: Pewnie jeszcze trudniej pokazać, jak animowanie społeczności wpływa na rozwój.
JG: Szczególnie na poziomie projektów i wniosków, które składasz po środki, bo cię pytają o rezultaty. Ktoś ze środowiska RO EFS opowiadał mi anegdotę o tym, jak w jednym z powiatów napisano projekt na przeszkolenie 1200 zapijaczonych i bezrobotnych byłych pracowników PGR na 1200 zapijaczonych i bezrobotnych spawaczy. Teoretycznie wszystko się niby zgadza, była interwencja edukacyjna, dano ludziom nowe kompetencje, teoretycznie powinni pójść do przodu i powinien nastąpić rozwój. Ale gołym okiem widać, że jest jakaś paranoja w pomyśle, żeby w powiecie, gdzie nie ma większych zakładów pracy, wygenerować 1200 spawaczy. To anegdota, ale pokazuje pewien problem. Bo a nuż widelec ktoś tym spawaczem zostanie, może wyjedzie do Anglii, może powstanie raptem dlatego, że jest w powiecie 1200 spawaczy, fabryka, bo inwestorzy szukają różnych zasobów. Wtedy będzie to błogosławieństwo, na razie jest to głupota. Jest więc tu problem, jak udowodnić to, że jak ja namówię ludzi do naprawy drogi, to będzie się po niej do nich jeździć na grzyby, jak się będzie jeździć na grzyby, to się będzie u nich spało, a jak się będzie spało, to oni zaczną zarabiać na agroturystyce, a jak zaczną zarabiać, to się nauczą podstawowych umiejętności ekonomicznych, co z kolei wygeneruje myślenie ekonomiczne. To wszystko jest możliwe, natomiast nigdy nie wiesz, czy na którymś etapie ta cała skomplikowana maszyna się nie zatnie. Nikt nie może powiedzieć z całą pewnością, że raz podjęte wysiłki przyniosą rezultat, ale z drugiej strony bez ich podejmowania jest bardzo wysokie prawdopodobieństwo, ze nie zadzieje się nic. Nie mówimy więc tutaj o działaniach, które przyniosą nam twarde rezultaty, ale o działaniach generujących pewne możliwości.
MHP: Dla kogoś niezaznajomionego z tematyką animacji społecznej może to brzmieć bardzo mgliście…
JG: Nie chciałbym, żeby powstało wrażenie, że zaklinamy wiatr, że nic nie wiadomo. Mam przyjaciół animatorów w Rumunii, którzy w 2000 roku robili projekt „Droga”. Jeszcze w 2000 roku na Bukowinie była wieś, do której nie było dojazdowej drogi. Ponieważ leżała w górach, to gdy spadał śnieg jej mieszkańcy przez pół roku ani nie mogli stamtąd wyjść, ani nikt nie mógł do nich przyjść. Nie mieli więc lekarza, dzieci nie chodziły do szkoły. Jedyną ich łącznością ze światem były tranzystorowe radyjka na baterie, których na początku zimy kupowano wielki zapas, bo prądu oczywiście też nie było. Brakowało im prawie wszystkiego, ale dzięki tym radyjkom byli świetnie zorientowani w polityce zagranicznej. To może u nas zabrzmieć trochę anegdotycznie, ale w tej wsi troje animatorów pracowało przez 1,5 roku, żeby ci ludzie w ogóle się chcieli spotkać, ponieważ był tam taki pomysł, że województwo da pieniądze i materiały, ale mieszkańcy musza dać swoja robociznę i środki transportu. Patent, który w Polsce przerabiała chyba każda wieś przy okazji budowy szkół, wodociągów czy kanalizacji. Jakoś to się udało i droga została zbudowana. Łatwo wykazać, że zbudowanie drogi wygenerowało postęp cywilizacyjny w tej wsi, to jest wręcz laboratoryjny przykład – polepszenie dostępu do medycyny, oświaty itd. Ale trzeba się zastanowić, że temu towarzyszyło 1,5 roku starań trzech ludzi – chodzenia po wsi, rozmów, przesiadywania na polach, w karczmie, znajdowania odpowiednich argumentów, żeby ci ludzie chcieli się spotkań. Z tej perspektywy można powiedzieć tak – wielki sukces animacyjny, ponieważ ludzie sobie zbudowali drogę, ale czy ci animatorzy, gdyby spotkanie doszło do skutku, ale jednak społeczność odmówiła współpracy, nie napracowaliby się tak samo? Napracowaliby się. Czy była jakakolwiek gwarancja sukcesu? Nie. Czasem w danym środowisku zmienia się układ relacji, hierarchia wartości i wszystko, co zrobiliśmy do tej pory, przestaje być atrakcyjne. Mieliśmy miejscowość o którą dbamy, szliśmy w kierunku turystyki, zarabiania na wypoczynku dla ludzi z nieodległego miasta, a tu nagle odkrywają złoża węgla i fundują nam na obrzeżach kopalnię. Musimy jednak podejmować pewne działania, nawet obciążone ryzykiem. To jest rola społeczna, której się podejmujemy, mając świadomość, że najważniejsze co robimy, to tworzenie możliwości i szans. Bez żadnej gwarancji, że ludzie je wykorzystają.
MHP: Ty się pełnienia tej roli podjąłeś. Chciałabym poznać twoje osobiste, jako animatora, sukcesy lub porażki.
JG: Ucieknę od tego pytania, bo wszystko, co mógłbym powiedzieć, nie pokaże istoty animacji. Po pierwsze, jakich projektów bym nie wymienił, zawsze można powiedzieć, że albo takie rzeczy się dzieją wszędzie, albo że to niemożliwe, musiała pójść na to kupa pieniędzy. Nie bardzo czuję się na siłach, by wymieniać konkretne rzeczy, z których byłbym specjalnie dumny albo niezadowolony. Ale jeśli chodzi o sukces i zadowolenie… W tej pracy to są trochę emocje surfera. Albo cię fala niesie, albo spadasz z deski. Jak cię niesie, to czujesz wiatr we włosach, chociaż ja akurat jestem łysy. W grupie ludzi, z którymi współpracuję, mamy takie powiedzenie, że sukces jest wtedy, kiedy ludzie powiedzą: zrobiliśmy. I mają autentyczne poczucie autorstwa. Tu jest pewien dylemat, bo jak pokazać, że tu w ogóle potrzebny jest animator. O tym rozmawiamy od 10 lat i jeszcze nic mądrego nie wymyśliliśmy. Bo do jakiego stopnia animator może sobie przypiąć medal z tytułu tego, że ludziom się udało. Ja nie cierpię specjalnie z powodu braku medali, nie boli mnie to. Dla mnie te rozważania są marginalne i troszkę jałowe. Mnie cieszy, gdy ludzie mają poczucie, że sami coś zrobili. Nawet, gdy nie dostrzegają interwencji. Bardzo sympatyczne jest oczywiście, gdy o tobie pamiętają, gdy w miejscowościach czy środowiskach, z którymi nie jesteś związany terytorialnie, ktoś uznaje cie za swojego. Jest to przyjemne, ale czy to jest wyznacznik sukcesu? Nie wiem.
Ciekawe jest poczucie porażki. Z tej surfingowej deski spada się nie wtedy, gdy ludzie się wykładają z robotą, bo chcieli coś zrobić, ale się nie udało. Każdy aktywny człowiek jest przecież przygotowany do przezwyciężania pewnych barier, niedogodności i przeciwności losu. Gorzej, gdy wpadasz w bezzapachową galaretę o letniej temperaturze. Wpadasz, i ani nie ma oporu, ani nikt nie ironizuje, ani nie wyśmiewa, tylko są zwolnione ruchy, pustka… Bywają sytuacje, w których jest bezruch, ale to jest taki krzyczący bezruch, taka cisza pełna krzyku, beznadziei, bycia w potrzasku – nie o takiej sytuacji mówię. Mówię o ludziach, którzy coś niby mają, a nie maja, niby są, a ich nie ma, którzy niby się znają a nawet się ze sobą nie witają i mimo rozlicznych prób nie udaje im się tego zmienić. Jeśli nie potrafię tej atmosfery zmienić, nie potrafię czegokolwiek wykrzesać, choćby oporu, negacji, czegokolwiek – to jest to czarny sen animatora. Ale ja tylko teoretyzuję, mi się to jeszcze nie zdarzyło.
Rozmawiała Monika Hausman-Pniewska

