Szkoła Animatorów |
SASowe refleksje Małgosi Woźnej
„TO SIĘ MA, ALBO SIĘ NIE MA”
Elbląg, 10 lipca 2009
Sesja I „Ja jako animator”, czyli czy „łatwiej jest pozostać z diabłem, którego się zna, niż oddać duszę diabłu, którego się nie zna”
No właśnie…pierwsze spotkanie i od razu bierzemy się „za bary” z naszą nową rzeczywistością. Naszą – czyli uczestników Szkoły Animatorów Społecznych i naszą, czyli osób pracujących na rzecz określonego środowiska, małej czy większej społeczności. Rzeczywistością – bo od tego dnia (a był to 12 grudnia 2008 r.) mieliśmy spotykać się przynajmniej raz w miesiącu i spędzać ze sobą trzy dni i dwie noce. Rzeczywistością, na którą możemy mieć wpływ. Rzeczywistością, która się zmienia…
Nie miałam wtedy pojęcia, jak wiele zmieni się we mnie i dookoła mnie. Mgliste pojęcie na temat animacji, metod pracy ze społecznościami lokalnymi. Przecież animator to nie człowiek, który ciągnie za sobą – brzydko mówiąc – tępy lud, na każdym kroku pokazując, że jest najmądrzejszy, najważniejszy i takie tam… Choć pewnie tak by było najłatwiej. Angażuję, ułatwiam, edukuję, zachęcam, dodaję mocy, wyrównuję szanse, oceniam (choć tu wolę: prowadzę ewaluację). Dodaję mocy – czy to nie piękne? Ja „utonęłam” – znalazłam się w miejscu, w którym chciałam się znaleźć (nawet jeśli nie potrafiłam tego zwerbalizować). Dyskusja na temat pojęć „animator” i „lider” była burzliwa, rozkminialiśmy (mówiąc językiem Ady Sałak - ADaHaDe) to wzdłuż i w poprzek, wiem, że nie wszystkim było tak łatwo i choć trenerzy tłumaczyli, że na koniec całego cyklu „stanie się jasność”, jakoś chyba nie bardzo w to wierzyliśmy. Trenerzy (Asia Marszał i Piotrek Henzler) chyba też nie – błagali wzrokiem o litość, kiedy podejmowaliśmy wciąż na nowo ten sam temat.
W międzyczasie okazało się, że animator musi mieć solidne podstawy wiedzy o środowisku, w którym ma pracować. My – Spadochroniarze (Maciek Bielawski i ja, teraz sobie myślę, że i Krzysiek Kozłowski), mamy – nie wiem, czy trudniej, w każdym bądź razie, więcej do przygotowania, bo nie pochodzimy ze społeczności wśród których pracujemy. Chodzi o rozpoznanie środowiska lokalnego, czyli mapę zasobów i potrzeb. Jesteście pionierami – oświadczył Piotrek Henzler. On się cieszył, bo przygotował narzędzie internetowe do stworzenia mapy (www.cal.org.pl/mapy), my mniej, bo musieliśmy się z nim zmierzyć. To było pierwsze zadanie domowe. „Celem badania (problemów, potrzeb, zasobów – przyp. autorki) nie jest samo badanie, ale ulepszanie rzeczywistości, a więc podjęcie działania”. I wtedy wyszło na jaw, że ta Szkoła to nie takie tam pitu pitu (cyt. za Krzysiem Kozłowskim) tylko naprawdę ciężka praca. Przede wszystkim – nad sobą.
Czy to możliwe, żeby w jednym miejscu, w jednym czasie spotkała się grupa o tym samym poziomie odbierania rzeczywistości? Czy ten wulkan energii nie grozi nagłym niekontrolowanym wybuchem?
[Kuluary] Pierwsze „wspólne”
1. Napad Halinki na trenera podczas pierwszego wspólnego obiadu: po zjedzonym obiadku Piotrek podnosi się i woła, że idziemy na zajęcia. Na co Halinka „a ty kim jesteś, że tak się rządzisz?!” (wiem, wiem, Halinko, nie wiedziałaś, że to trener:-))
2. Asia Marszał (trenerka) zwróciła uwagę Krzyśkowi, żeby nie siadał na podłodze, bo wilka dostanie. A Krzyś jej na to z pełną powagą, że „wilka to on już ma i to w pakiecie”, po czym cała grupa ryknęła śmiechem. Biedna Asia nie wiedziała jeszcze wtedy, że my wszyscy w pakiecie SAS wilka dostaliśmy, zupełnie gratis – Pawła Wilka.
A poza tym…zimno, jak cholera. Posiłki jemy w kurtkach, czapkach i szalikach. Tylko rękawic nie zakładamy, bo nie da się utrzymać noża i widelca. Dobrze, że na sali szkoleniowej jest kominek…
Sesja II. Inicjowanie pracy grupowej, komunikacja i budowanie relacji w zespole, czyli „czy dobrze cię zrozumiałam, że…?”
30 stycznia, 1 i 2 lutego 2009 r. – to trzy najtrudniejsze dni dla mnie, jako ucznia. Ewa Jasińska i Jacek Gralczyk – trenerzy, którzy zetknęli nas z istotą konfliktu, jego podłożem i dnem, eskalacją, wybuchem i konsekwencjami, otworzyli mi oczy na zgliszcza, które pozostają po eksplozji, a które tak trudno potem złożyć w całość. A pod tym wszystkim ukryło się jedno słowo, często gubione w natłoku zajęć – komunikacja.
Pewnie cudowne ćwiczenia i testy przygotowane przez Ewę nie zrobiłyby na mnie większego wrażenia w innej sytuacji. Ale w tamtej – kiedy przyszło mi zmierzyć się z ogromnym wyzwaniem „ja jako animator” – ich wyniki były dla mnie jak piorun z jasnego nieba. Okraszone dodatkowo komentarzami Jacka (którego „albo się kocha albo nienawidzi”, chyba się nie pomylę, jeśli powiem, że nasza grupa zżyła się z nim mocno), mocno uderzały w poczucie własnego „ja”, wgryzały się w środek duszy i kazały odpowiadać szczerze na każde postawione pytanie. Gdzie jest moje miejsce w grupie? Czy taka jaka jestem, mogę robić to, co robię albo to, co zamierzam robić? Czy praca jaką wykonuję – odpowiada moim predyspozycjom? No i jak tu się dogadać z innymi? A na dobicie próba wypełnienia „świetnego narzędzia” (cyt. z przekąsem autorki za Jackiem Gralczykiem), jakim jest „okienko Johari”. Nie wiem, czy się komuś udało, na wszelki wypadek spisuję, może się przyda do „samoewaluacji”.
| Ja wiem o sobie i inni wiedzą o mnie ghmmm… |
Ja wiem o sobie, inni nie wiedzą noooo… |
| Ja nie wiem o sobie a inni wiedzą oooooo… |
Ja nie wiem o sobie i inni nie wiedzą achaaaa |
No i bądź tu człowieku mądry… Jedno jest pewne po tej sesji. Ja nie jestem nienormalna…ja po prostu jestem siewcą idei. No.
[Kuluary] Po tym szkoleniu Jacek Gralczyk stwierdził, że będziemy świetnie się ze sobą (jako grupa) bawić i nic poza tym. Zobaczymy.
Podczas tej sesji pierwsza grupka przygotowała wieczór animacyjny (Asia Draheim, Piotrek Omalecki i ja). Zaczęło się od chusty klanzowskiej, budowania wehikułu czasu, grze w wampiry, a skończyło się na kalamburach…Kto by przypuszczał wtedy, że kalambury na stałe wpiszą się w nasz żywot. I nadal zimno…za oknem, oczywiście. No i jeszcze przy posiłkach. Taki mały szczegół. I jeszcze…po powrocie z SASa do rzeczywistości i codzienności – łącza internetowe były przeciążone. Byliśmy coraz bardziej głodni siebie nawzajem.
Sesja III. Mobilizowanie ludzi do działania, organizacje pozarządowe jako animator rozwoju lokalnego, rozwijanie i wspieranie wolontariatu, czyli „do rozwoju lokalnego potrzebne są trzy sektory, inaczej flipczart się przewróci”
Przed zadaniem, a może raczej wyzwaniem, mówienia z nami o mobilizowaniu do działania stanęły: Monika Hausman-Pniewska i Staśka Retmaniak. Czemu przed wyzwaniem? Bo nas nie trzeba mobilizować do działania, większość myśli w czyn wprowadzamy wkręcając w działania wszystkich innych. Ale, ale… trenerki dobrze przygotowane, grupę już znały z refleksji trenerskich przygotowywanych po każdym szkoleniu przez trenerów, więc nie dały się wciągnąć w zdradliwy wir rozważań o tym, że „mobilizacja kojarzy się nam z wojną”. Dzięki temu przebrnęliśmy przez kawał materiału, jaki był przygotowany na tę sesję.
I o ile słusznym jest stwierdzenie, że najłatwiej mobilizuje się ludzi wokół problemu („wojny”), o tyle okazało się, że zagadnienie to jest bardzo złożone. Z notatek moich wynika, że jeżeli problemem do rozwiązania nie są potrzeby „najniższego rzędu” (piramida potrzeb Maslowa się kłania), to ludzi trudno zmotywować do działania. Ale oczywiście – trenerki nie pozostawiły nas z tą okropną wizją „zezwierzęconych ludzi”. Wiemy już, jak wygląda model zaangażowania (wiara w sukces, wysiłek i zaangażowanie każdego członka grupy, docenianie, wspólny cel, odpowiedni podział kompetencji i poczucie wpływu). Wiemy, co trzeba zrobić, żeby zmobilizować ludzi do działania:
- dać im poczucie wpływu („to swoboda mówienia o pomysłach” – cyt. za moimi notatkami)
- wysłuchać
- wspólnie analizować pomysły
- przydzielenie określonej pracy/roli, poczucie jej ważności, a także możliwość podejmowania decyzji w swojej „działce”, a co za tym idzie: poczucie odpowiedzialności i przynależności.
Czy to naprawdę takie trudne?
Przy okazji mobilizowania rozmawialiśmy o wolontariuszach i ogromnym potencjale, który w nich tkwi, a także o tym, że organizacje pozarządowe to „napędzacz” działań w danej społeczności. Zgodnie doszliśmy do wniosku, że sam III sektor nie podoła. Żeby rozwój lokalny się „zadział” potrzeba nam do tego pozostałych dwóch. Współpraca musi być na tym samym poziomie we wszystkich sektorach. Zbyszek Mieruński (nasz opiekun) zobrazował tę współpracę odkręcając jedną z trzech nóg flipczarta. Jak można przypuszczać – flipczart się przewrócił (niemalże, bo został podtrzymany twardą ręką Mieruna…hmmm…czyżby animator?), działaniem tym Mierun nasz zyskał ogromny aplauz wśród żeńskiej części załogi SAS. (Czemu mi uparcie Word zmienia „Mierun” na „Pierun”?)
[Kuluary] Wieczór animacyjny przygotowany przez Kamyka (Kamila Kulpa), Adę Sałak i przez krótki czas obecną z nami Kamilę Oskierko – bal pod tytułem „Kicz na SASie”, a wcześniej zabawy z balonami… tego się nie da opowiedzieć. No tak, jeszcze te prezenty! Na małych karteczkach każdy z nas wypisał imię każdego z uczestników SASa. A potem do imienia dopisywał prezent, jaki chciałby tej osobie ofiarować. Z jaką radością dałam Piotrkowi Omaleckiemu pierwszy milion do jego wymarzonego funduszu lokalnego, a Uli słoik (a może skrzyneczkę) na przechowywanie jej cudownych uśmiechów. Przed żadną Gwiazdką nie napracowałam się tak przy wymyślaniu prezentów.
O mały włos bym zapomniała – już nie jesteśmy na lodowatym wygnaniu w Zastawnie. Decyzją większości przenieśliśmy się do Dworu w Bieniaszach. Decyzji chyba nikt nie żałuje. Wszędzie jest ciepło, na sali kominek... A jakie widoki! Dziś podczas przerwy poobiedniej biegaliśmy po skutym lodem jeziorze. Pięknie, po prostu pięknie.
Sesja IV. Projektowanie zmiany społecznej, tworzenie i realizacja projektów animacyjnych, czyli „napad na bank w 7 i pół minuty”
To nie żaden żart. Jednym z zadań postawionych przed nami – uczniami było zorganizowanie grupowego napadu na bank. Całość nie mogła trwać dłużej niż 7,5 minuty. Całe szczęście skończyło się tylko na rozplanowaniu całości akcji na kartce papieru. Niemniej jednak – tempo, w jakim pracowaliśmy przez cały zjazd, było ogromne. Nie wiem, ile razy podczas tych trzech dni z ust trenerów (tym razem Ewa Romanow i Zbyszek Mieruński) padało polecenie: „czas start, 15 minut”. A my, jak szaleńcy, z mazakami w dłoniach i wielkimi kartkami flipchartowymi rzucaliśmy się w wir pracy. Okazało się, że nie jest tak łatwo napisać projekt animacyjny. To znaczy – napisać, to nie jest problem, bo pomysłów pełne głowy (razem aż 20 głów), tylko jak kilka takich głów pracuje razem… ciężko to… skoordynować. Jeśli zebrać „do kupy” presję czasu, ogrom pomysłów, 4-5 osób w jednej grupie i doświadczenie każdego z uczniów w przygotowywaniu projektów animacyjnych – to mieszanka wybuchowa. W powietrzu unosił się dym z naszych pracujących i palących się głów, ale dzięki temu powstało kilka niezłych pomysłów na projekty, które – pewnie w niedalekiej przyszłości – zaowocują wspólną ich realizacją.
No właśnie. Nie wiem, czy to już ten moment, w którym wpadliśmy na to, ze chcemy razem pracować? My, jako grupa z SAS, rzecz jasna. Nie wiem, dlatego napiszę o tym później. No i mogliśmy dać się ponieść swoim marzeniom… Nie przyznam się, jakie kwoty były przeznaczone dla animatorów w budżetach powstających projektów.
[Kuluary] Pierwsze wspólne ognisko (potem, już tradycyjnie, na każdym zjeździe) i pierwsze wspólnie wyśpiewane (???) piosenki. Oczywiście, podczas wcześniejszych spotkań opanowaliśmy już karaoke, ale tym razem gitara (niezastąpiony Maciek Prażmo) i: „Mniej niż zero”, „Kryzysowa narzeczona”, „Przeżyj to sam” i śpiewane przez niektórych na okrągło: „chwila, która trwa, może być najlepszą z twoich chwil…tralala”.
Wieczór animacyjny pod hasłem „Seks na SASie” spędzał sen z powiek wszystkim uczniom straszonym przez organizatorów wieczoru: Maćka Bielawskiego, Halinkę Cieśla i Krzysia Kozłowskiego. Przyszło nam rysować ideał kobiety (to zadanie dla męskiej części ekipy) i mężczyzny (to dla części żeńskiej). Były skojarzenia z pojęciem „pożycie małżeńskie”, była „randka w ciemno” (ta telewizyjna to pikuś przy naszej) zakończona pierwszym „ślubem” na SASie...
Sesja V. Tworzenie partnerstw i koalicji wokół problemów w środowisku lokalnym, rola facylitatora, organizowanie spotkań, czyli „specjaliści od budowy mostów do pracy z tubylcami – przystąp!”
Dwie grupy: specjaliści i tubylcy, w dwóch osobnych pomieszczeniach. Specjaliści mają za zadanie nauczyć tubylców budowy mostu. Wysyłają emisariusza – jego zadaniem jest nawiązanie pierwszego kontaktu z mieszkańcami wioski. Byłam emisariuszem. Tubylcy mieli tradycje, których nie mogli zdradzić, nie podawali ręki, swój własny rytuał powitania i tylko jeden gość chce (i zdaje się – może) ze mną rozmawiać. Ale każde zdanie konsultuje z pozostałymi mieszkańcami. Ręce mi opadły. Stałam wśród ludzi, którzy nie dość, że wydawali dziwne odgłosy np. cmokanie, popychali mnie, stawali na jednej nodze trzymając się za uszy, wielki gość ze mną rozmawiał i nikt nie patrzył na mnie przyjaźnie. Dobrze, że zjeść mnie nie chcieli. I co? Chwilę później się okazało, że da się z nimi dogadać, że cmokanie oznacza, iż ktoś z tubylców złamał jakąś zasadę, stanie na jednej nodze to pozycja relaksacyjna, a popychanie, które wzięłam za objaw wrogości – jest ich rytuałem powitania. Koniec końców – most zbudowali. I co? – zapytałby ktoś. Brak przygotowanej mapy zasobów i potrzeb, nieznajomość „terenu”, na który się wchodzi… Taaak, drodzy animatorzy, następnym razem tubylcy zjedzą nas żywcem zamiast przystąpić do partnerstwa.
Facylitator nie miał łatwiej. W tej roli – Krzysiek Kozłowski, uczestnikami spotkania (tubylcami) byli: Maciek Prażmo, Halinka Cieśla, Jagódka Lichaczewska, Beatka Jarosz, a Krzysia wspierał Kamyk – Kamila Kulpa, jako socjolog. Rzecz szła o stworzenie na osiedlu świetlicy dla dzieciaków. Kto był „za”, a kto był „przeciw” – teraz już nieważne, ale, mimo że to Krzysiek prowadził spotkanie, na własnej skórze odczuliśmy, jak to trudne zadanie (tak trudne, jak słowo „facylitator” czyli „ułatwiacz”). Całe napięcie rozładowała Halinka, która była księdzem i prowadziła świetlicę przy Caritasie – jej zadaniem było upieranie się, że jedna świetlica na osiedlu wystarczy. Rozbawiła nas podsumowując swój udział w spotkaniu, że nie miała argumentów, bo tak naprawdę nie wie, czym się świetlica przy Caritasie zajmuje.
Całości naszej pracy podczas tej sesji przysłuchiwały się z uwagą nasze trenerki: Monika Hausman-Pniewska i Jolka Woźnicka. To dzięki nim końcówkę zjazdu przepłakałam. Ze wzruszenia okrutnego. Poprzyklejały nam na plecach kartki, a potem każdy każdemu wpisywał coś miłego nie podpisując się pod tym. Jak ściągnęłam tę kartkę i przeczytałam... kurcze, nie wiedziałam, że jestem tak ważna, potrzebna i kochana...
A wieczór animacyjny upłynął pod hasłem „W zdrowym ciele zdrowy chuch”, czyli zawody sportowe. Zamęczyć nas chcieli: Stasiek Puchalski, Dominika Zabiełło, Ulka Grzęda i Paweł Wilk. Trzeba zobaczyć na własne oczy, jak z buziami umorusanymi śmietaną, przegryzając ciacho, a na języku niosąc orzeszka (wyciągniętego z tej śmietany) biegamy wkoło słupków… A to tylko jedna z wielu tego wieczora konkurencji.
Sesja VI. (15-17.05.09) Sposoby promocji własnej działalności w środowisku lokalnym, współpraca z mediami; inicjowanie i organizowanie lokalnych akcji, wydarzeń i kampanii społecznych, czyli „media są nam potrzebne, a najlepiej mieć swoje”
Zanim opowiem, co robiliśmy podczas zajęć, koniecznie muszę opowiedzieć co się wydarzyło dzień, a właściwie wieczór wcześniej. Zjechaliśmy się do Bieniasz już 14 maja, żeby na spokojnie omówić dalszą współpracę (o tym później). Wszyscy przywieźli smakołyki, żeby wieczorem zrobić sobie piknik. Jak już nadszedł czas na jedzonko, wszyscy mieli się zebrać na sali. Z niewiadomych przyczyn Kamyk (Kamila Kulpa) bardzo chciała ze mną rozmawiać i nie mogła się ze mną rozstać siedząc nawet w łazience. Jak już w końcu doszłyśmy na tę salę – było na niej zupełnie ciemno, myślałam, że wszyscy sobie poszli. A tu nagle – światło się zapala, oczom moim ukazuje się tort ze świeczką, słyszę „sto lat”, ktoś wciska mi na głowę koronę, daje berło z widelca i ziemniaka, wszyscy biją pokłony i obdarowują mnie pysznościami. Żebyście widzieli Halinkę na kolanach wręczającą mi kubełek swojego smalcu... Jak oni to przede mną ukryli?? Gdzie mi umknęły przygotowania do moich urodzin?? Dominika (Zabiełło) przyznała się do knucia spisku, kochana moja. Co ja bez Was zrobię Sasiory paskudne??!! Dziękuję Wam z całych mych misiowych sił (kwestię misiania wyjaśnię na końcu).
Od rana następnego ciężka praca. Tym razem na zajęciach obecna kamera, setki kabli, telewizor, a wszystko po to, by móc sprawdzić swych sił przed kamerą. Oglądane i objaśniane, kupa śmiechu i przygotowanie projektu kampanii społecznej – pod okiem naszej już od dawna (chyba od urodzenia, bo nie przypominam sobie, żeby był czas bez niej) Moniki HP i Zbyszka Mieruńskiego. Projekt kampanii społecznej był też ostatnim naszym zadaniem domowym, oczywiście zupełnie nowy projekt, a nie ten stworzony na zajęciach. Jakimś cudem (moje życie ostatnio składa się z samych takich cudów, naprawdę) projekt mojej kampanii staje się rzeczywistością – zaczynam go realizować.
No właśnie, chyba zapomniałam powiedzieć, że były jeszcze dwa inne zadania domowe: stworzyć mapę zasobów i potrzeb swojej społeczności i napisać projekt animacyjny. Razem 3 zadania, z których skrupulatnie rozliczał nas Zbyszek, wtórował mu przy tym Maciek Bielawski.
[Kuluary] Wieczór animacyjny w wykonaniu Maćka Prażmo – budowa kwadratu ze sznurka (wszyscy budowniczy mieli zasłonięte oczy), ognisko i wspólne śpiewanie. No i jeszcze pisaliśmy listy do samych siebie. Maciek zebrał je i wyśle do nas za pół roku. Ciekawe, ile się przez ten czas zmieniło...
Sesja VI – ostatnia. Ewaluacja. Szczerze? Nie jestem w stanie nic o niej napisać
Może poza tym, że ewaluację przeprowadzaliśmy na samych sobie, na ostatnich 6 miesiącach. Że spełniło się to, co przepowiadali trenerzy – na sam koniec wszystko, co usłyszeliśmy ułożyło się w całość. No tak, powinnam mówić za siebie. Wszystko się poukładało. Serio.
To była trudna sesja, tym bardziej, że to podczas niej określiliśmy zasady, stworzyliśmy misję Forum Animatorów Społecznych Warmii i Mazur. Ewaluacja to zaproszenie do rozwoju. W naszym przypadku to pewne.
Nie wiem, kiedy zaczęła kiełkować w nas decyzja, że chcemy razem pracować. Pamiętam, że podczas jednego z posiłków III sesji zaśmiewaliśmy się, że gdyby tak razem założyć stowarzyszenie – świat zadrżałby w posadach. Głośno wypowiedziana została podczas V sesji – najpierw podczas nocnych pogadanek przy ognisku, rano wyraźnie wyartykułowana na zajęciach. Czy była wówczas osoba, która miała wątpliwości, czy warto? Są osoby, które uważają, że jesteśmy bandą dzieciaków, która bawi się i nic poza tym. Takie głosy dopingują nas do działania.
24 czerwca, w międzynarodowy Dzień Przytulania, powołaliśmy do życia nasze FORUM. Przed nami mnóstwo pracy, w nas ogrom siły i ambicji. Pierwsze projekty już powstają, przekuwane na wnioski…ale nie będę o tym jeszcze pisać. Dodać muszę koniecznie, że dzień, w którym zostało powołane nasze Forum – nie jest dniem przypadkowym. Dzień Przytulania to dla nas codzienność, czyli misiowanie.
Nie wiem kiedy zaczęły się misiaki. I tak naprawdę nie jest to ważne, ale myślę, że to była II sesja – Krzysiek rzucił się na Jacka i nieomalże zgniótł go w swoich niedźwiedzich ramionach. Oczywiście był to gest przyjaźni i tak zostało do dziś. Misiowe uściski są sposobem na powitania i pożegnania, na wyrzucenie smutku, złości, na okazanie radości, na przekazanie energii... To działa! Prawie 150 osób (w większości nie znających się) zgromadzonych na Forum Aktywności Lokalnej w Zalesiu rzucało się sobie w ramiona – zachęceni oczywiście i zmisiowani pierwej przez nas.
I jeszcze coś ważnego. 3 czerwca nasza Basia urodziła synka! Pierwsze SASowe Dziecię – przez pół roku, choć chronione w brzuszku Mamy, chcąc nie chcąc (na pewno chcąc!:)) uczestniczyło w naszym szkolnym życiu, a my z dumą powtarzaliśmy, że rośnie nam animator, który niebawem zasili nasze szeregi. Nie dość, że animację wyssie z mlekiem matki, to jeszcze urodził się w ten sam dzień (choć wiele lat później), co Zbyszek Mieruński.
Co mogę powiedzieć na koniec? Mogłabym zacytować Jacka Gralczyka, który wręczając nam certyfikaty (podczas wymienianego przed chwilą Forum Aktywności Lokalnej) oświadczył: „to zaszczyt i przyjemność pracować z taką grupą”. Mogłabym, ale skromność mi na to nie pozwala. Mogłabym też powiedzieć tak, jak Sasiory powtarzały setki razy: „w kupie siła – kupy nikt nie ruszy”, ale nie powiem, bo to niezbyt ładne.
Wpadła mi w oko jedna z moich notatek zrobiona gdzieś między szkolnymi mądrościami. „to się ma, albo się nie ma”. My to mamy. Mamy w sobie animatorów. I „chciałbym ja i chciałabyś ty, żeby świat trochę lepszy był…”
Małgosia Woźna
animator

